O mnie

         Od około dwudziestego roku życia byłam przykładną żoną, matką oraz pracownikiem na etacie. Po przepracowaniu kilkunastu lat w towarzystwie pachnących kwiatów ciętych żywych oraz odchowaniu dwójki dzieci odkryłam, co mnie w życiu kręci najbardziej i…zostałam poetką. Oczywiście nie stało się to z dnia na dzień. Na początku pożegnałam się z etatem. Zmieniłam stanowisko, zmieniłam branżę. Dotąd wiersze pisałam pokątnie do szuflady. Dopiero, gdy pokazałam je kilku osobom z otoczenia stało się jasne, że ujrzą światło dzienne. Nie było wyjścia, niektórzy dali mi przysłowiowego „kopniaka mentalnego”. Za co jestem im bardzo wdzięczna.

 

Można by rzec, że jestem typem długodystansowca. Staż pracy w jednej z firm – szesnaście lat. Staż małżeński z jednym mężem – dwadzieścia jeden lat. Staż niektórych moich przyjaźni – mam wrażenie, że z niektórymi Przyjaciółmi znam się od urodzenia.

Kilka słów o pracy w jakże wymagającej branży florystycznej. Dla mnie zawsze byli najważniejsi ludzie. Klienci. Nieważne, czy klient nabywał jedną paczkę Strong Golda, najsłynniejszych żółtych tulipanów, czy dziesięć kubłów Red Champa, róży, która trzymała się miesiąc, dla mnie klient w pracy to centrum wszechświata firmy.

 

Relacje z nim stawiałam na pierwszym miejscu. Choć bywało to czasem dosyć wymagające, bo praca w branży kwiatowej to była często praca w godzinach nocnych. Trzy razy w tygodniu na 24:00 lub 1:00 lub 2:00 lub 3:00. Trzy razy w tygodniu na 4:00 lub 5:00. Pracując w takich godzinach obsługa klienta wymaga wysiłku o wiele większego, niż w normalnym systemie.

Zwykły uśmiech kosztował mnie więcej, bo nad ranem po kilku godzinach pracy umysł rozpaczliwie walczył z potrzebą snu. To dopiero było wyzwanie: powstrzymać powieki przed ciągłym opadaniem!  Ciekawostka związana z moją pracą była taka, że o 12:00  kończyłam. Dla wielu to był kuszący plus. Przecież to prawie pół dnia wolnego!

 

Dla osób o nieco większej wyobraźni pozostawiam pole do popisu, co można robić w tym „darowanym” czasie. Na dłuższą metę…nic.  Ja zwyczajnie zasypiałam

W życiu wiele rzeczy mnie fascynuje. Książki, koty. Kwiaty, ogrody. Zachody słońca, wschody. Piękno przyrody zaskakuje mnie wciąż i wciąż, rozczula i prowadzi ścieżką wdzięczności. Festiwale literackie i filmowe. Podróże.  Zapach, jaki unosi się w teatrze. Sztuki teatralne. Zdobywanie nowej wiedzy i stałe jej aktualizowanie. Uwielbiam słuchać ludzi, którzy mają COŚ do powiedzenia. Uwielbiam ludzi, którzy dzielą się swoją wiedzą i pasją.

 

Ludzi z bagażem doświadczeń z przeszłości słucham ze skupieniem i nadzieją na to, że w swych opowieściach przemycą coś, co mnie zaskoczy, co sprawi, że przeszłość ujrzę w innym świetle. Uwielbiam w tych opowieściach odkrywać coś nowego, inne punkty widzenia zbieram niczym paciorki różańca i tworzę z tego swoją własną historię.

Uwielbiam czytać najsłynniejszych dla mnie polskich „bajarzy” – Myśliwskiego i Stasiuka. Dla mnie ich pisanie to takie snucie opowieści; w moim  domu rodzinnym mówiło się na takie wieczorne opowiadanie „bajanie”. Jesienne i zimowe wieczory wypełnione były bajaniem. Polską „bajarką” jest dla mnie Tokarczuk. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” mogłabym czytać godzinami…

 

Ten blog to będzie moje bajanie. Moje wiersze, moje pocztówki z dnia codziennego

„Kufer cedru pełen” to książka wypełniona poezją. Niczym tajemniczy kufer odnaleziony na strychu.

Obraz zamieszczony na okładce tomiku
autorstwa Wioletty Cieleckiej.